O KWW

Jesteśmy największym Klubem Wysokogórskim w Polsce. Skupiamy ponad 1 200 członków. Istniejemy już ponad 90 lat. Tworzymy historię polskiego i światowego wspinania wytyczając nowe drogi oraz dokonując pierwszych wejść na niezdobyte szczyty. Klub jest organizacją non-profit co oznacza, że nie jest nastawiony na zysk, a jego zarząd działa nieodpłatnie. Naszym celem statutowym jest promocja wspinania i alpinizmu. Dochód ze sprzedaży naszych usług jest w całości przeznaczany na ten cel. 

Dowiedz się więcej...

"Bumerang" Andrzej Machnik

Dostępność: 990 szt.
Cena: 19,90 zł 19.90


ilość szt.
* - Pole wymagane
Kod produktu: 825/100

Opis

Udostępniamy możliwość zakupienia elektronicznego wydania książki Andrzeja Machnika pt. "Bumerang". Książka dostępna jest w formatach PDF, MOBI oraz EPUB.
 
 
Autor w wstępie podkreśla:

"Wszystkie występujące w tej książce zdarzenia i postacie są zmyślone, choć czasem mogą przypominać to, co rozgrywało się w rzeczywistości."
 
 
I tak np. Mietek Partyka przypomina nam słynnego himalaistę odznaczonego niedawno Złotym Czekanem.

"Słynny Mietek Partyka był wybitnym specjalistą od gigalaizmu uprawianego w małych zespołach, w tzw. stylu alpidzkim. Był jednym z najbardziej uniwersalnych wspinaczy w Burdelandii: świetny zarówno w skale, jak i w lodzie, w górach różnego kalibru, począwszy od skałek, a na Gigalajach skończywszy. Swojego czasu zainteresował się Kafarem i przez pewien czas stanowili nawet jeden zespół. Mietek – zawsze ambitny aż do przesady, lecz rozsądnie kalkulujący – był przeciwieństwem Kafara. Był typem wirtuoza i subtelnego technika, nie zaś oracza. I w jednym tylko ustępował Kafarkiewiczowi, a mianowicie był od niego mniej wytrzymały na wysokościach: co prawda szybciej się aklimatyzował, ale też szybciej „wysiadał”. Zawsze głęboko rozfilozofowany, uchodził w kręgach burdelandzkich wspinaczy za filozofa wspinania, który bardziej interesuje się duchową stroną tego sportu niż konkurowaniem z kimkolwiek, co stało w niejakiej sprzeczności z tym, że Mietek już od najwcześniejszych swoich lat wspinaczkowych znany był z tego, że nigdy nie chciał nikomu oddać prowadzenia na wspinaczce. Ambitny Mietek nie był psychicznie w stanie tego uczynić, chyba że sam miał już wszystkiego dość. Jedna z opowiadanych o nim anegdot głosiła, że gdy ongiś przeniósł się do Smokowa – kolebki burdelandzkich skałołazów – przeszedł w tamtejszych skałkach wszystkie najtrudniejsze drogi, za wyjątkiem jednej, która stawiała mu nadspodziewany opór. Atakował ją po wielokroć, ale jakoś nie mógł jej przejść. Jak wieść gminna niosła, biegał pod nią i waląc głową w ścianę krzyczał: „Ja nie chcę, ja tego nie lubię, ja to muszę zrobić!”. I w końcu zrobił.

Mietek nigdy nie kochał wielkich wypraw. Jego specjalnością były lekkie wypady na wysokie szczyty i co łatwiejsze gigalajskie ściany w tzw. stylu alpidzkim, co – jak już zostało wspomniane – polegało na przejściu wybranej drogi jednym ciągiem z tym, co się miało ze sobą, bez zawracania w dół po cokolwiek. Jak twierdzili wtajemniczeni, to zamiłowanie Mietka do małych wypraw wzięło się stąd, że w początkach swojej gigalajskiej kariery dał on po dwakroć ciała na dwóch wielkich wyprawach. Mietek we wczesnych swoich latach wspinaczkowych miał to szczęście, że spoczęło na nim wytrawne oko Stana Kurczaka. Wkrótce pod fachową kuratelą Stana Mietek zaczął odnosić błyskotliwe sukcesy. Obaj stanowili zgrany zespół. Podział pracy wyglądał zaś przeważnie tak, że Stano pokazywał Mietkowi co „łoić", ten zaś jak chart rzucał się na wskazany przez Stana cel i go załajał. Dzięki protekcji Stana, Mietek dość wcześnie wystawił nos poza Taury, a co za tym idzie, również stosunkowo wcześnie zaniosło go w Gigalaje, gdzie po dwakroć wziął udział w sztandarowych wyprawach burdelandzkich. Tu jednak - jak dla wielu innych - zaczęły się dla niego schody. Jego ambicja bowiem pokazania staruchom, jak się na prawdę łoi, obróciła się dokładnie przeciwko niemu. Staruchom bez większego trudu udało się wypuścić napalonego nieprzytomnie Mietka w maliny. Na Falchan Ri biegał po dwa etapy dziennie i zarżnął się tak gruntownie, że nie mogło być mowy, by brał udział w ataku na szczyt. Mietek wrócił z Falchan Ri pełen urazy do starszych kolegów, a do Stana Kurczaka w szczególności. Twardo postanowił, że już nigdy nie weźmie udziału w żadnej dużej wyprawie i tym sposobem stał się jednym z prekursorów stylu lekkiego w Gigalajach.

Mietek Partyka wspinał się doskonale i przede wszystkim bezpiecznie, podstawą zaś jego błyskotliwego stylu był intensywny trening. Partyka jako jeden z niewielu gigalaistów był nie tylko „oraczem śnieżnych zasp” - jak pogardliwie określali gigalaistów skałołazi – lecz również świetnym wspinaczem skalnym, swojego czasu uważanym nawet za najlepszego skałołaza Burdelandii. Przez wiele też lat w specyficzny sposób dzielił swoje zainteresowania pomiędzy skałki a Gigalaje. Dla wielu zagadką było, w jaki sposób Partyka zdolny jest do utrzymywania tak wysokiej formy skalnej, co najmniej pół roku na rok spędzając w Gigalajach, gdzie liczy się nie tyle finezja skalna, co kondycja. A jednak ilekroć powracał Mietek z „zasp”, wciąż zdolny był dołoić w skałkach.

Partyka z Kafarem dokonali kilku błyskotliwych wejść na tzw. niskie ponaddwudziestosześciotysięczniki, po czym ich drogi rozeszły się. Nie mogło to nikogo specjalnie dziwić, bowiem charakterologicznie w ogóle do siebie nie pasowali. Kafar jednak na tej przejściowej komitywie dużo zyskał, gdyż tym sposobem przekształcił się z osobnika, który robi tylko to, co mu inni pokazują, w kogoś, kto po części sam się stał swoim sterem, żeglarzem i okrętem. Miał już teraz swoje własne cele, może trochę uproszczone, ale zawsze.

Mietek Partyka nie miał ochoty na dalsze wspinaczki z Kafarem, przede wszystkim dlatego, iż uważał, że ten ostatni wspina się zbyt niebezpiecznie. Kafar bowiem, w miarę jak udawały mu się coraz bardziej ryzykowne rzeczy, zaczął popadać w mistycyzm i twierdzić, że chyba sam Bóg się nim opiekuje, skoro do tej pory włos mu jeszcze z głowy nie spadł. Partyka z dużą dozą słuszności twierdził, że właśnie to szaleństwo w najpewniejszy sposób zaprowadzi Kafara do piachu. Sam, będąc zwolennikiem kalkulowanego ryzyka, nie miał zamiaru ani ochoty położyć się trupem obok oszalałego kompana. W momencie, gdy wpadł na pomysł zaatakowania pn.wsch. ściany Falchan Ri, miał więc Kafar nie byle jaki problem ze znalezieniem odpowiedniego partnera. Wśród niewielu możliwych kandydatur narzucała się tutaj postać Mocnego, najbardziej bliskiego Kafarowi, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Było tu jednak pewne drobne – jak się zdawało – „ale”. Mocny nie dorównywał aktualnie formą Kafarkiewiczowi. Ten ostatni bowiem, przeskakując praktycznie z wyprawy na wyprawę, osiągnął coś w rodzaju permanentnej aklimatyzacji, która pozwalała mu pożerać górę za górą. W porównaniu z Kafarem Mocny wyjeżdżał w Gigalaje stosunkowo rzadko, bo tylko raz na rok. Za każdym razem więc musiał aklimatyzować się od nowa. Bez względu na to, jakiej formy nie reprezentowałby na nizinach, im wyżej, tym różnica między Kafarem a nim musiała pod tym względem stawać się coraz większa..."

 
Autor w zabawny sposób opisuje też postać przypominającą słynnego autor przewodników Taternickich: 

"Kazimierz Cywko z Zaprutego był absolutnym fenomenem w środowisku alpidystycznym Burdelandii. Powszechnie uznany za największego znawcę Taurów, zakochany w nich był bez pamięci. Od lat uganiał się po nich z niesłabnącym zapałem, wchodząc na wszystkie, nawet ledwie od ziemi odstające piki i bałuchy. Inne góry, z Gigalajami włącznie, nie interesowały go w ogóle.

Cywko, będący z natury samotnikiem, nie znosił widoku turystów i sama myśl, że ktoś poza nim samym miałby jeszcze prawo wdzierać się w taurzańskie ostępy, doprowadzała go do szału. Był w związku z tym gorącym orędownikiem utrzymania zakazu schodzenia ze znakowanego szlaku, słusznie podejrzewając, że gdy tylko zostanie on zniesiony, to kłębiący się na głównej ulicy Zaprutego tłum runie w Taury i je po prostu zadepcze.

Innego zdania był Pochyły i zdanie to eksponował w swoich książkach. W trakcie zajadłych dyskusji na ten temat Cywko i Pochyły nigdy nie dochodzili do porozumienia i wszelkie debaty między nimi zawsze kończyły się ustaleniem „protokołu rozbieżności”, który pozwalał im, ot tak po prostu, się nie pożreć. Miał jednak Cywko pewną słabość, a była nią nieprzeparta chęć do utrwalenia swojej zdobytej wiedzy o Taurach na papierze. Zaczął więc pisywać przewodniki wspinaczkowe po dotąd nieopisanych partiach Taurów, nieopisanych z tego właśnie powodu, że zostały uznane za ścisłe rezerwaty przyrody, w których wspinanie się było oficjalnie zabronione. Pochyły, widząc to, co czyni Cywko, doszedł do wniosku, że wkrótce tak czy inaczej obaj znajdą się po tej samej stronie barykady. Przypuszczenia te okazały się bardziej niż uzasadnione. Już bowiem po wydaniu przez Cywkę pierwszych tomów jego przewodnika Park patrzył na niego krzywym okiem, po dalszych zaś rozpuszczono za nim na terenie graniczącej w Taurach z Burdelandią Knedelii listy gończe..."

 
Andrzej Machnik na Lodowym Szczycie
Andrzej Machnik na Lodowym Szczycie.
Fot. M. Ziółkowski (z archiwum autora).
 
 
Andrzej Machnik - taternik, alpinista, himalaista, wieloletni instruktor alpinizmu, autor wielu nowych dróg w Tatrach. W 1982 roku wraz z Andrzejem Czokiem i Januszem Skorkiem dokonał pierwszego przejścia zachodniej ściany Makalu 8470 m - jednej ze sztandarowych ścian himalajskich. Uczestnik pierwszych zakończonych sukcesem zimowych wypraw na Manaslu i Dhaulagiri. Zorganizował i przeprowadził wyprawę, która zdobyła po raz pierwszy zimą trzeci szczyt świata Kanczedzongę (8598 m). Kierował również wyprawą, która próbowała zdobyć Makalu. Autor wielu książek o tematyce górskiej i nie tylko. Od ponad dziesięciu lat jest kanclerzem kapituły tzw. "Złotego Jaja" - wyróżnienia przydzielanego corocznie za najśmieszniejszy, najgłupszy lub najbardziej kompromitujący wyczyn wspinaczkowy lub mający związek z taternictwem czy też alpinizmem.
do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl